USA – Antelope Canyon
Fragment z pamiętnika – 15.07.2015r Antelope Canyon : Wycieczka zaczyna się o 10.30. Na miejscu mamy być o 10.00. Meldujemy się, płacimy haracz i już niedługo jesteśmy w drodze do kanionu. Nasza przewodniczka jest podobno córką kobiety, która odkryła kanion. Opowiada o trudnej sytuacji związanej z jego położeniem na terytorium Navajo, dodatkowych opłatach na park itp chcąc chyba “usprawiedliwić nieco niesprawiedliwą” zresztą cenę – w końcu wiezie w samochodzie 350 $. Takich samochodów jest 7. Pani robi dziennie 3-5 kursów. Łatwo policzyć :).
Kanion faktycznie jest piękny i robi wrażenie. Zwłaszcza, gdy zmienia się światło, a trzeba zauważyć, że nasza przewodniczka jest wyjątkowo biegła w pokazywaniu różnych, ukrytych w światłocieniu i skale kształtów – choć do niektórych trzeba mieć chyba trochę większą wyobraźnię niż ja:). O kanionie mówi się najlepiej za pomocą zdjęć, ale rzadko które pokazują ogromny przemysł jakim jest turystyka w tym miejscu. Każdy przewodnik ma tu swoją łopatkę, którą robi efekty: a to spływający piasek, a to tuman kurzu w świetle, ludzie w płynnej kolejce przemieszczają się, a to do przodu, a to do tyłu. Nie ma tu jednak czasu na zamyślenie, podziwianie, czy nie daj Bóg – rozstawienie statywu. To mogą tylko ci, którzy zapłacili za specjalne, “fotograficzne” wejście – dłuższe i odpowiednnio droższe.
Po wyjściu z kanionu, cały czas pozostając pod jego wrażeniem czeka nas podjęcie decyzji o tym gdzie będziemy spać. Zatem w międzyczasie jedziemy zobaczyć Powell Lake oraz tamę, które wraz z pustynnym widokiem robią również niemałe wrażenie. To jednak pierwszy dzień, w którym zaczyna mi powoli doskwierać brak zieleni, drzew i trawy. Przyzwyczajona do “żywego” widoku nie mogę sie trochę pogodzić z tym pięknym ale też smutnym, pomarańczowo-żółtym bezkresem. Nawet tam gdzie zawija rzeka – w Horseshoe Band, jedyną rzeczą jakiej jest dużo to piasek.





































No Comments